ODKRYWANIE ZBÓJNICKICH TRADYCJI PODHALA I TATR
„Martwy jest prosty krajobraz, jeśli go człowiek duszą swoją nie zaludni, uczuciami swoimi nie ożywi. Tatry bez góralów straciłyby połowę interesu, winienem tedy, choćby z malarskich pobudek, rysem górali dopełnić obrazu Tatrów" - pisał Seweryn Goszczyński w 1835 roku w szkicu Górale Tatrańscy.
Przedstawił w nim obraz mieszkańców Tatr, ich wygląd, cechy charakteru, ubiór mężczyzn i kobiet, chaty, zagrody, zajęcia, pożywienie, taniec, muzykę, śpiew, podania i wierzenia. Miał przy tym świadomość, że czyni to w sposób ogólny, wynikający z niezbyt długiego pobytu w górach i przelotnych spotkań z ich mieszkańcami. Dla niego, jak i innych nielicznych początkowo podróżnych zwiedzających Tatry, górale byli częścią górskiego pejzażu, malowniczą grupą etniczną, jakże inną od znanych im lepiej mieszkańców wsi położonych na nizinach Polski.

Odkrywcy Tatr - badacze i podróżnicy - przy okazji prowadzonych badań naukowych czy brania udziału w wycieczkach krajoznawczych, spotykali się z góralami, zwłaszcza z pasterzami zajmującymi się sezonowym wypasem owiec na halach, z myśliwymi i kłusownikami, czasami ze zbójnikami, oraz z góralami wynajmowanymi na przewodników. Spotykali też w górach pasterki pasące bydło na niżej położonych polanach, kontaktowali się z góralami-furmanami, którzy dowozili ich pod Tatry furkami konnymi, a następnie małymi lekkimi wózkami góralskimi do Morskiego Oka.
W początkowym okresie poznawania Tatr, tj. w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy przybysze wkraczali w nieznaną, „odłogiem leżącą krainę", budzącą ciekawość, ale i lęk, zatrzymywali się zwykle w leśniczówce położonej w Bukowinie Tatrzańskiej i we dworze w Kuźnicach. We wnętrzu dzikich, budzących grozę gór, schronieniem były tylko pasterskie szałasy i koliby.
Pełniły one też funkcję punktu informacji, wynajmu przewodnika, miejsca odpoczynku i zaopatrzenia w żywność (mleko, sery, serwatka).
Odwiedzających szałasy przyjmowali bardzo gościnnie baca i juhasi. Nawet w XIX wieku zdarzało się, że ostatni tatrzańscy zbójnicy zaglądali do takich bacówek. Częstowali gości serem i żętycą, przynosili maliny i kwiaty. Wielu podróżników w swych relacjach z wypraw tatrzańskich utożsamia szałasy w górach z zielonymi oazami na pustyni.
Pobyt w szałasie pozwalał na obserwację górali - baców i juhasów, ich wyglądu i ubioru, organizacji wypasu, sprzętu szałaśniczego, produkcji owczych serów, a prowadzone z nimi rozmowy dostarczały wiedzy o lokalnym nazewnictwie szczytów, polan, roślin, zwierząt i przedmiotów, a także ludowej meteorologii i wierzeniach. Baca często opowiadał spragnionym wiedzy turystom opowieści i legendy o zbójnikach, o legendarnych miejscach, gdzie zbójnicy ukryli zrabowane złote i srebrne dukaty.
Powszechne wśród pasterzy były opowieści o ukrytych w górach skarbach, kotlikach z dukatami pochowanych przez zbójników pod pniakami i między korzeniami drzew lub zakopanych w ziemi i o wyczynach sławnych zbójników, zwłaszcza Janosika. W szałasach słuchano również opowieści o Morskim Oku, połączonym podziemnymi kanałami z morzem, czy o wojsku zaśnionym w Tatrach. Tutaj odwiedzający Tatry poznawali śpiew i taniec górali oraz instrumenty pasterskie - trombity, dudy zwane kozą i piszczałki.
Juhasi często prowadzili podróżników na szczyty górskie ścieżkami wydeptanymi przez owce, a po skończonej wyprawie odprowadzali ich do następnych szałasów, by przy pomocy zamieszkałych w nich pasterzy mogli bezpiecznie kontynuować swą wędrówkę po górach.
Podróżnicy znajdowali w szałasach schronienie przed deszczem i burzą, niekiedy też nocowali w nich podczas kilkudniowych wypraw w góry. W swych relacjach z podróży opisywali, trwające od wiosny do jesieni, gospodarstwo szałasowe, wygląd pasterzy, ich zręczność, wytrzymałość na trudne warunki atmosferyczne, skromne pożywienie. Podkreślali również ich pogodne usposobienie, radość z wykonywanego zajęcia, otwartość na ludzi i ciekawość świata.
Seweryn Goszczyński w 1832 roku odnotował, że „Góral jest głównie pasterzem. To jest główne utrzymanie jego życia, główny wdzięk jego życia; ...to dla niego najmilsze i najwdzięczniejsze pole pracy". Uznał więc, że „trzeba widzieć jego życie, jego góry w porze pasterskiej" i dlatego zachęcał do poznania góralszczyzny słowami: „idź w góry, bo tylko tam i takim sposobem zobaczysz Górala w jego żywiole, pokochasz wdzięk jego życia”.
„Chcąc Górali bliżej poznać, trzeba ich widzieć na halach" - pisał z kolei Wincenty Pol w 1869 roku, a Kazimierz Łapczyński, chcąc zrewanżować się owczarzom za gościnność, w jednym z szałasów pomagał napędzać owce ze „strągi" do „okien", gdzie doili je juhasi, co wywoływało radość i żartobliwe uwagi pasterzy. „Rok próżniackiej znajomości takby mnie nie zbliżył i nie zaprzyjaźnił z temi wesołemi pasterzami, jak jedna godzina wspólnej roboty"- napisał.
Koliby juhasów odwiedzał wybitny uczony Stanisław Staszic podczas swych pobytów w Tatrach w 1802, 1804 i 1805 roku. W swoim dziele O ziemiorództwie Karppatów i innych gór i równin Polski w 1815 roku opisywał szczegółowo baców, juhasów i ich życie pasterskie.
Życie pasterskie fascynowało i urzekało wszystkich zwiedzających Tatry swą malowniczością i swobodą bycia w górach - zarówno naukowców, jak i turystów czy kuracjuszy przybywających na leczenie chorób płucnych żętycą, tj. serwatką z mleka owczego. Tylko nieliczni zauważali niebezpieczeństwa i trudy związane z pracą pasterzy i ciężkimi, zmiennymi warunkami klimatycznymi. Odgłos dzwonków pasących się owiec, śpiew i „dzikie" nawoływania się pasterek i pasterzy w górach, spotkany w scenerii dzikiej przyrody juhas z kierdelem owiec, witający podróżnych z wielką serdecznością, śpiewy i muzyka płynąca z szałasów, gdy któryś z jego mieszkańców grał na gęślach, dudach (kozie), trombicie lub piszczałce - wszystko to robiło ogromne wrażenie na ludziach z nizin.
Dlatego w relacjach dziewiętnastowiecznych podróżników najwięcej informacji dotyczyło pasterstwa wysokogórskiego. Znajdujemy je m.in. u Stanisława Staszica, Wincentego Pola, Ludwika Zejsznera, Seweryna Goszczyńskiego, Kazimierza Łapczyńskiego, ks. Augustyna Sutora i wielu innych, aż po Stanisława Witkiewicza.
Niektórzy z odwiedzających Tatry zapisywali zasłyszane od juhasów i od przewodników pieśni, opowieści i legendy o zbójnikach. Ludwik Zejszner zaczął spisywać je w 1838 roku i czynił to w latach następnych, gdy prowadził poszukiwania geologiczne w górach. W roku 1845 opublikował Pieśni ludu Podhalan, czyli górali Tatrowych polskich, poprzedzając je ogólnymi wiadomościami o góralach. W jego antologii znalazły się pieśni miłosne, ślubne śpiewanki, śpiewki pasterskie, piosnki zbójnickie i żołnierskie.
Pieśni podhalańskie zebrał też ks. Eugeniusz Janota, który zapisał ponadto melodie grane przez pasterzy na trombitach. Pieśni i podania tatrzańskie spisywali także: ks. Michał Stanisław Głowacki, Seweryn Goszczyński, Żegota Pauli, Lucjan Siemieński, Wincenty Pol, Bronisław Gustawicz oraz Oskar Kolberg, który prowadził badania ludoznawcze w Tatrach i na Podtatrzu w latach 43,1857 i 1861-1865.
Wyobraźnię przybywających w Tatry najbardziej poruszały opowieści o zbójnikach, o ukrytych przez nich skarbach, których strzegą złe duchy, o poszukiwaczach tych skarbów oraz o napadach zbójników na szałasy i podróżnych. Szczególną sławą u mieszkańców gór cieszył się Janosik, którego wizerunki zwiedzający mogli oglądać na obrazkach na szkle, wiszących na ścianach w karczmach i w chałupach góralskich.
Seweryn Goszczyński opisując w 1835 roku ubiór górali uznał, że widziany przez niego „na rysunku uczty Janoszyka wysoki okrągły kołpak, gęsto ubrany w rozmaite wzory z tysiąca kamyków, paciórek i blaszek, a przy wierzchu mający pióra jakiego ptaka lub gałązkę" był dawniej nakryciem głowy górali. Często odgłosy nocy w górach budziły u podróżników skojarzenia z obecnością zbójników.
W relacji z wycieczki do Morskiego Oka Łucja Rautenstrauchowa napisała: „Około północy ciemność już tak była gęsta, że o jeden krok, nic rozróżnić niepodobna było. Jednym się snuły jakieś straszne widziadła przed oczami, drugim, rozmaite o rozbójnikach wieści, tysiącznie w tamtych stronach powtarzane, na myśl przychodziły".
Zwiedzający Tatry przybywali do nich z wiedzą o zbójnictwie, jaką miało całe polskie społeczeństwo, a była ona oparta na opowieściach kupców, napadanych i rabowanych -przez zbójników na traktach handlowych z Węgrami. Zbójnictwo cieszyło tą sławą, dlatego też turyści byli pełni obaw i niepokoju o swe bezpieczeństwo.
Ludwik Zejszner w początkowym okresie wędrówki po Tatrach w 1829 roku, z lęku przed zbójnikami, przebrał się nawet w strój góralski i jako urlopnik Jasiek od Gałów ze Szaflar udał się w góry, a po wieczorze spędzonym w szałasie w Morskim Oku, gdzie juhasi „poczęli rozpowiadać o tutejszych zbójcach", z obawy przed ich napadem nie spał w nim, „lecz w świerkowym namiocie". Zbójnicy przychodzili bowiem nocą do szałasów, zabijali owce i gotowali ich mięso w mleku, wyprawiali uczty z tańcami i muzyką, w których brali też udział baca i juhasi. Świadkiem jednego z napadów zbójników na szałas był Wincenty Pol - geograf, w czasie pobytu w Tatrach w latach czterdziestych XIX wieku.
Opowieści o zbójnictwie tatrzańskim towarzyszyły podróżnikom już w drodze z Krakowa. W swoim dzienniku z wyprawy w 1829 roku Ludwik Zejszner zanotował: „wszędzie o łotrach w Tatrach znajdujących się rozmawiam, głoszą o napaściach na podróżnych lub pojedyncze osoby wykonanych. Gdym przybył do Zaborni, musiałem pokazać paszport dwom karbacznikom, którzy mi później łaskawi byli drogę okazać u poczciwego dróżnika".
Na Zaborni, położonej niedaleko Zbójeckiej Góry, na której według miejscowych podań zbójnicy napadali na kupców przewożących towary z Węgier, stały trzy karczmy, gdzie zatrzymywano się na popas czy nocleg w drodze z Krakowa do Zakopanego. Nieco dalej podróżni przejeżdżali obok kościółka Św. Krzyża na górze Obidowej (wcześniej zwanej Rabuń), który, jak mówi legenda, został wzniesiony przez polskiego kupca, napadniętego w tym miejscu i cudem ocalonego z rąk zbójników. W książce Na przełęczy Stanisława Witkiewicza czytamy: „mijamy stary kościółek, samotny, krzywy, ocieniony wielkiemi lipami; góral pokazuje kawałek otłuczonej figury, wmurowanej w ogrodzenie i mówi, że to skamieniały zbójnik". Dalej była góra Raniszberg przy Szaflarach, na której, według opowieści Podhalan, przebywali niegdyś zbójnicy, później złapani i powieszeni na Węgrzech.
Wiele miejsc w samych Tatrach, pokazywanych przybyszom, było związanych z lokalnymi wierzeniami o zakopanych tam skarbach zbójnickich lub pobytem samych zbójników, co znalazło odzwierciedlenie w nazwach, np. Zbójnickie Okna czy Zbójnicka Dziura. Górale chętnie opowiadali o zbójnictwie, (które w pierwszej połowie XIX wieku występowało w Tatrach już w formie schyłkowej), ponieważ „chodzenie na zbój" było dla nich rzeczą „honorną", a sławni zbójnicy stali się ich bohaterami i powszechnie byli uważani za ludzi szlachetnych. Uzbrojeni w ciupagi, noże, pistolety, flinty, rusznice i pałki - rabowali bogatych i dzielili się tymi dobrami z biednymi.
Dokonywali przy tym niezwykłych czynów, o których wiele opowiadano. Szczególną sławą cieszył się, Janosik, który był w oczach górali niemal nadludzką istotą. Górale pokazywali w Tatrach miejsca, gdzie przekraczał granicę z Węgrami oraz jego i innych zbójników kryjówki - jaskinie i kamienne koliby.
Mówiono też o zbójniku Baczyńskim, będącym według górali towarzyszem Janosika. Na Podhalu w pierwszej połowie XIX wieku chodzili „na zbój" Myśliwiec, Gadeja, Marduła, Nowobilscy. Ostatnim zbójnikiem był na tym terenie Wojciech Mateja z Kościeliska, znany z urody i dużej zręczności, który osadzony w 1866 roku w więzieniu w Wiśniczu, gdzie popełnił w 1875 roku samobójstwo. O zbójnictwie w Tatrach pisali nie tylko Franciszek Klein czy Goszczyński, który zebrał również pieśni zbójnickie, ale też Ludwik Zejszner, Wincenty Pol, Kazimierz Łapczyński i inni.
W szałasach byli mile widziani przez owczarzy myśliwi (strzelcy, polowace), ponieważ mogli obronić w razie potrzeby wypasane przez nich stada przed dzikimi zwierzętami - orłami, rysiami, niedźwiedziami i wilkami. Myśliwych, „co za dzikimi kozami się zapędzili", spotykali w górach również podróżnicy. Niektórzy z nich brali koziarzy na przewodników. Z pomocy myśliwych korzystał w wypraw tatrzańskich Stanisław Staszic, który zanotował min. cenne wiadomości o myślistwie w Tatrach. Zauważył on, że „namiętność polowania na kozy dzikie jest w naszym góralu niezmierna, do wypowiedzenia trudna. On w niej zaciekły, żadnej przeszkody, żadnego nie widzi niebezpieczeństwa. Po całe tygodnie i dzień i w nocy; podczas lata, i podczas zimy, czai się, czuwa, sypia po skałach, z kawałkiem owsianego suchara, i z pękiem czosnku, wśród lodów, wśród śniegów zziębły, skarpły, szczęka zębami. Przecież te nędzne życia jego chwile myśliwy góral nazywa największem szczęściem. Głód, niewygody, prace, niebezpieczeństwo, mały użytek, często śmierć, bynajmniej tej namiętności w nim nie zmniejsza".
Górale polowali na kozice, które dostarczały im mięsa i skór na serdaki. W żołądku starych kozic szukali kulek z sierści, tzw. bezoarów, uważanych za odtrutki.

Polowali też na świstaki, mające tłuste smaczne mięso oraz sadło, którego używali jako leku na wszelkie choroby, a szczególnie przy zwichnięciach i złamaniach. W Tatrach polowano również na niedźwiedzie. Upolowanie niedźwiedzia, czyli Onego, było powodem do dumy i sławy w góralskim środowisku.
Najsławniejszym myśliwym, a także kłusownikiem, był Jan Gąsienica Krzeptowski - Sabała (1809 - 1894), który ustrzelił w Tatrach trzynaście niedźwiedzi. Sabała polował też na świstaki i kozice, a ostatniego niedźwiedzia ubił w 1878 roku, mając sześćdziesiąt dziewięć lat. Górale w jesieni łowili w sidła lub w sieci znaczne ilości kwiczołów, jarząbków i głuszców, roznosząc je dla zarobku do Warszawy, Lwowa i Wiednia.
Polowali również na kuny leśne i domowe dla ich futra, łowili ryby w potokach - rękami, ościami, sieciami.
Myśliwi, a potem kłusownicy, w pogoni za zwierzyną przemierzający Tatry wzdłuż i wszerz, znali w nich doskonale wszystkie zakątki, drogi, dróżki i ścieżki, dlatego byli dla podróżników najlepszymi przewodnikami.
Juhasi, myśliwi i inni górale pełniący za odpłatnością rolę przewodników po Tatrach, byli dla badaczy i krajoznawców głównym źródłem informacji o ludziach tu mieszkających i ich kulturze. Zdobyte tym sposobem wiadomości, uzupełnione własnymi spostrzeżeniami, były zamieszczane w relacjach z podróży, publikowanych na łamach czasopism krakowskich, lwowskich i warszawskich, szerząc wiedzę o mieszkańcach gór tatrzańskich i ich życiu. Zgromadzony przez badaczy Tatr - przyrodników, geologów, geografów, a także pisarzy i poetów w ciągu trzech ćwierćwieczy XIX stulecia materiał ludoznawczy był wynikiem przygodnych, mimowolnych obserwacji, poczynionych w czasie krótkotrwałych kontaktów z ludnością miejscową, a nie efektem zamierzonych badań naukowych w tym zakresie. Niemniej w całości daje on rozległy, choć niekompletny, obraz życia górali w XIX wieku i jest kopalnią przeróżnych wiadomości o zjawiskach, które odeszły w przeszłość. Stanowi podstawowy dokument, do którego sięgali, i nadal sięgają badacze i miłośnicy tego regionu.
W relacjach dziewiętnastowiecznych podróżników najwięcej miejsca, jak już wspomniano, zajmowało pasterstwo wysokogórskie, myślistwo i zbójnictwo, mniej np. opisy strojów. Znalazły się w nich też pieśni, podania, legendy o zbójnikach, niewielkie objętościowo słowniczki gwary podhalańskiej, mniej lub bardziej udane opisy i próby uchwycenia istoty tańca zbójnickiego i muzyki góralskiej. Były to dziedziny życia najbardziej atrakcyjne i oryginalne, w porównaniu z innymi polskimi terenami, od razu rzucające się w oczy przybysza z nizin. Natomiast takie sfery życia, jak: sposoby gospodarowania na roli, narzędzia gospodarskie, rzemiosło, handel, wędrówki za pracą, pożywienie, budownictwo, wnętrza mieszkalne i gospodarcze, obyczaje, zwyczaje, wierzenia, ludowe lecznictwo czy meteorologia, nie wzbudzały tak dużego zainteresowania.
Sami górale byli dla odwiedzających Tatry postaciami egzotycznymi, dziećmi natury; jeszcze w połowie XIX wieku - jak czytamy u Ludwika Zejsznera - „uważani są za ludzi zostających w stanie pierwotnym, jeżeli nie w pół dzikim", poza obrębem cywilizacji. U wielu wzbudzali bezkrytyczny zachwyt, obcy widzieli w nich głównie same zalety, rzadko wady. Imponowali swym wyglądem, sposobem bycia, tężyzną i hartem w walce z naturą, przywiązaniem do zamieszkałego przez nich ubogiego skrawka ziemi.
Niewiele zmieniło się i w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku w sposobie postrzegania górali przez przyjezdnych. Jak pisze Stanisław Witkiewicz w Na przełęczy -„podróżni wysiadają z wozów i oglądają górala, jak Chińczycy Europejczyka - on zaś, jak człowiek dobrze wychowany, traktuje siebie lekko i drwi". Ubrany w białą cuchę, cyfrowane portki i kapelusz z kostkami wzbudza nadal zachwyt i ciekawość u przybyszów, których jest z roku na rok coraz więcej pod Tatrami.
Pod ich wpływem zaczyna się w tym okresie powolny proces zmian w życiu mieszkańców Podhala i ich kulturze, widoczny zwłaszcza w małej wiosce góralskiej, którą było początkowo Zakopane. Osiadający w niej na lato, a z czasem zamieszkujący tu na stałe goście przyczyniają się znacznie do postępu cywilizacyjnego na tym terenie. To co stare zaczyna odchodzić w przeszłość. Jednak poza centrum Zakopanego, jak zauważył Stanisław Witkiewicz, „tuż za pagórkiem, dzicz pasterska żyje w starych chatach pospołu ze statkiem; brudna, usmarowana i cuchnąca tłuszczem, zabobonna lub trwająca w dawnych wstrętach do kościoła zakopiańskiego". Przybywający goście, mieszkający w tym okresie głównie w białych izbach chałup góralskich, mieli możliwość obserwacji ich wyposażenia, wystroju wnętrza, zdobienia sprzętów, sposobu budowania domów, ubioru, pożywienia i życia codziennego gospodarzy. Nadal też, jak ich poprzednicy, podczas wycieczek w góry odwiedzali pasterskie szałasy, słuchali muzyki, śpiewu i góralskich opowieści, niekiedy spotykali kłusowników z upolowaną kozicą.
Liczniejsza fala przyjezdnych, często chorych na gruźlicę, szukając sobie zajęcia podczas kilkumiesięcznych pobytów w Zakopanem, zajęła się m.in. zbieraniem przedmiotów będących świadectwem tradycyjnej kultury góralskiej. W ten sposób zaczęły powstawac pierwsze prywatne kolekcje etnograficzne na Podhalu. Niektórzy z kuracjuszy spędzali czas na pisaniu prac, np. o podhalańskim budownictwie ludowym, gwarze czy folklorze.
Ostatnim przedstawicielem dawnej góralszczyzny i zarazem jej symbolem był dla przebywających pod Tatrami gości, Jan Krzeptowski Sabała, góral z Kościeliska. Sabała w młodości zbójował, brał też udział w wyprawach myśliwskich na kozice, świstaki i niedźwiedzie, organizowanych przez Homolacsów, którzy z zapałem oddawali się polowaniom, wynajmując pomocników spośród góralskich polowacy i kłusowników. Chętniej jednak na zwierzynę polował sam, włócząc się po górach i lasach. Był znanym tropicielem dzikich zwierząt i znakomitym strzelcem. Zabił wiele kozic, strzelbą lotkami nabitą, i niedźwiedzi marną „flintecką" na proch i „kapśliki", ciesząc się, że nie wyrządzą już szkody pasterzom. „Znał każdą kryjówkę, każdy szczyt, każdą przełęcz i grzbiet górski, każdą pyrć i mógł się po niej swobodnie poruszać, choćby gęsta mgła, zasiadła całe przestrzenie". Ta doskonała znajomość gór była wynikiem długoletniego kłusownictwa. W podeszłym już wieku stał się uczestnikiem zbiorowych wycieczek organizowanych przez Tytusa Chałubińskiego - lekarza i botanika, jednego z badaczy Tatr. Był jego towarzyszem i przyjacielem. Umilał wycieczkowiczom czas grą na gęślach, śpiewem, tańcem, opowieściami o bogatym w przygody własnym życiu, o dawnym życiu pasterskim, polowaniach i zbójnictwie w Tatrach. Jego opowieści były dla słuchaczy skarbnicą wiedzy o życiu dawnych mieszkańców Podhala. Opowiadał przy tym w tak zabawny sposób, że wszystkich doprowadzał do ataków konwulsyjnego śmiechu. W kilkudniowych wyprawach Chałubińskiego brało zwykle udział kilkunastu górali, byli wśród nich przewodnicy, tragarze niosący namioty i żywność, kapela góralska, no i oczywiście tryskający humorem i dowcipem Sabała. Nie figurował on na oficjalnych listach przewodników tatrzańskich, otrzymał jednak honorową odznakę przewodnicką z numerem „0", którą nosił aż do śmierci przypiętą do paska swej torby myśliwskiej. Sabała, jak już powiedziano, grał na starodawnych gęślach, a miał ich kilka egzemplarzy. Według informacji Marii Dembowskiej przechowywał gęśle w domach wszystkich swych przyjaciół.
„Instrument Sabały jest rozpaczliwy, powiedziałbyś - niemożliwy prawie - pisał Tytus Chałubiński - niepodobna tu uniknąć nieraz skrzypienia lub dojmującego pisku. A jednak w górach muzyka ta nie tylko nie razi, ale jest pożądaną, upragnioną. Jest ona harmonijnym dopełnieniem prawdziwie tatrzańskich wrażeń". Sabała nie tylko grał, ale także opowiadał gościom znane na góralszczyźnie baśnie, legendy, podania. Dowcip, poczucie humoru, swoista filozofia życia sprawiały, że był mile widziany w towarzystwie artystów i pisarzy przebywających w sezonie letnim w Zakopanem. W modzie było zapraszanie go do siebie przez inteligencję przebywającą sezonowo pod Tatrami. Był postacią charakterystyczną dla Zakopanego. Widywano go zazwyczaj z gęślami, z którymi się nie rozstawał i które nosił zwykle w zawiązanym u dołu rękawie cuchy.
Często grał na nich wracając z Zakopanego do Kościeliska, gdzie mieszkał. Zimą we własnym domu wyrabiał noże zbójnickie, by móc je podarować doktorowi Chałubińskiemu, jego przyjaciołom i znajomym. Przez przybyszów był nazywany Ezopem i Homerem Tatr, „ostatnim Mohikaninem" starej góralszczyzny, łączącym „dawne, minione bezpowrotnie czasy, z teraźniejszością". Przez górali, którzy cenili gospodarność, zapobiegliwość, dbałość o dom, zagrodę i uprawę roli, Sabała niedbający o te rzeczy, spędzający większość czasu z „panami", był uważany za „nicpote".
Podczas Powszechnej Wystawy Krajowej we Lwowie w 1894 roku, gdzie udał się z wycieczką górali, wzbudził wśród gości ogromną sensację. Pojawił się tam ze swymi gęślami, opowiadał własne bajki, śpiewał i wróżył z ręki. Wkoło niego zebrało się sporo ciekawskich, którzy zapewne oglądali go tak, jak oglądano w tym czasie sławne postaci Dzikiego Zachodu z trupy Buffalo Billa - zwiadowcy, pogromcy Indian i bizonów, który objechał ze swoim show pół świata. Gdy zaczęła grać orkiestra, Sabała stanął poniżej dyrygenta i zaczął grać na swoich gęślikach. Wyprowadzony przez służbę porządkową, zszedł ze „sceny" zdziwiony, że nie gra już na niej „pierwszych skrzypiec", jak to bywało w zakopiańskim światku literackim i artystycznym. W kilka miesięcy po powrocie z wystawy zmarł. Jak napisał w 1897 roku Andrzej Stopka - „zabłysnął tylko na krótko gościom swoją oryginalnością, jak płomyk hawiarskiego kaganka, chwilowo jaśniej, by na zawsze zagasnąć". Wraz z jego odejściem „zamknęła się pewna epoka w dziejach Podhala i poznawania Tatr".
Wielu ludzi przybywających do Zakopanego w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku, zafascynowanych góralszczyzną, zwracało uwagę na to, co zaczynało w niej zanikać lub już odeszło w przeszłość.
Dłuższe pobyty pod Tatrami i liczne kontakty z miejscowymi góralami stwarzały możliwość głębszego poznania ich życia, zwyczajów i obyczajów. W związku z tym zbierane w tym czasie materiały ludoznawcze mają inny charakter niż te wcześniejsze, zawarte w relacjach z podróży w Tatry, chociaż nadal nie są wynikiem systematycznych, obejmujących całość kultury, dociekań naukowych, lecz rezultatem osobistych zainteresowań po-szczególnych osób niektórymi jej aspektami. I tak gwarą interesowali się: Adam Kryński, Władysław Kosiński, August Wrześniowski, ks. Jan Złoży, Bronisław Dembowski, budownictwem: Władysław Matlakowski, Stanisław Witkiewicz, gospodarstwem górskim: Józef Konopka, zdobnictwem sprzętów: Walery Eljasz i wspomniany już Władysław Matlakowski, muzyką podhalańską Jan Kleczyński. Prace tych i innych autorów były publikowane w czasopismach naukowych: „Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej", „Wisła", „Lud" i pismach krajoznawczych - głównie w „Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego", budząc w społeczeństwie zainteresowanie mieszkańcami Tatr, ich sposobem życia i kulturą. Zasługą ludzi przyjeżdżających w Tatry było też założenie w 1888 roku Towarzystwa Muzeum Tatrzańskiego imienia Dra Tytusa Chałubińskiego, którego celem było „gromadzenie przedmiotów naukowych i artystycznych odnoszących się do Tatr polskich, a także zbieranie wytworów przemysłu miejscowego, oraz okazów przyrody z Tatr i najbliższych okolic i utworzenie z tychże Muzeum w Zakopanem". Z założenia Muzeum to miało gromadzić zbiory przyrodnicze i etnograficzne oraz książki, rysunki, plany i mapy dotyczące Tatr i Podhala. W otwartej w lipcu 1889 roku placówce zaprezentowano, oprócz kolekcji przyrodniczych, również niewielką kolekcję etnograficzną ofiarowaną w 1889 przez Stanisława Drohojowskiego z Czorsztyna i pierwszy zakupiony do zbiorów w 1888 roku eksponat etnograficzny, którym był opasek - skórzany pas noszony przez pasterzy w czasie wypasu owiec na halach tatrzańskich. Pasem takim, jak pisał Ludwik Zejszner, „przepasywać się zwykł każdy Podhalanin; służy on góralowi za kieszenie, i w nim chować zwykł wszystkie drobne przedmioty: pieniądze, tytuń, krzesiwko, papiery, i nóż na rzemyku uwiązany". Dzięki pracy zbierackiej wielu przebywających pod Tatrami entuzjastów góralszczyzny, do zbiorów Muzeum Tatrzańskiego trafiły po latach bezcenne kolekcje etnograficzne Adama Krasińskiego, Zygmunta Gnatowskiego, Marii Dembowskiej i innych, tworzone w latach 1880-1920, będące do dzisiaj istotnym źródłem informacji o dziewiętnastowiecznej kulturze górali podhalańskich.
Koniec XIX wieku i lata przed I wojną światową to już kolejny okres w dziejach „odkrytych" wcześniej Tatr i Zakopanego. Ideowym przywódcą działających tu nadal, zainteresowanych ludem Podhala i jego kulturą, przybyszów z różnych stron Polski, stał się Stanisław Witkiewicz - twórca stylu zakopiańskiego. Zafascynowany rzemiosłem, sztuką górali, konstrukcją góralskich chałup i zdobnictwem sprzętów wykorzystał niektóre występujące w nich formy i elementy zdobnicze do nadania odrębnych cech sztuce polskiej, głównie w dziedzinie budownictwa i sztuki użytkowej. Stopniowo też miejsce etnografów amatorów poczęli zajmować fachowcy, chociaż upłynęło jeszcze trochę czasu, nim powołane do życia Muzeum Tatrzańskie stało się znaczącą instytucją naukową.
Tekst inspirowany wystawą w Zakopanem "Tatry - czas odkrywców”.
Leszek Młodzianowski