ODKRYWANIE ZBÓJNICKICH TRADYCJI PODHALA I TATR
„Martwy jest prosty krajobraz, jeśli go człowiek duszą swoją nie zaludni, uczuciami swoimi nie ożywi. Tatry bez góralów straciłyby połowę interesu, winienem tedy, choćby z malarskich pobudek, rysem górali dopełnić obrazu Tatrów" - pisał Seweryn Goszczyński w 1835 roku w szkicu Górale Tatrańscy.
Przedstawił w nim obraz mieszkańców Tatr, ich wygląd, cechy charakteru, ubiór mężczyzn i kobiet, chaty, zagrody, zajęcia, pożywienie, taniec, muzykę, śpiew, podania i wierzenia. Miał przy tym świadomość, że czyni to w sposób ogólny, wynikający z niezbyt długiego pobytu w górach i przelotnych spotkań z ich mieszkańcami. Dla niego, jak i innych nielicznych początkowo podróżnych zwiedzających Tatry, górale byli częścią górskiego pejzażu, malowniczą grupą etniczną, jakże inną od znanych im lepiej mieszkańców wsi położonych na nizinach Polski.

Odkrywcy Tatr - badacze i podróżnicy - przy okazji prowadzonych badań naukowych czy brania udziału w wycieczkach krajoznawczych, spotykali się z góralami, zwłaszcza z pasterzami zajmującymi się sezonowym wypasem owiec na halach, z myśliwymi i kłusownikami, czasami ze zbójnikami, oraz z góralami wynajmowanymi na przewodników. Spotykali też w górach pasterki pasące bydło na niżej położonych polanach, kontaktowali się z góralami-furmanami, którzy dowozili ich pod Tatry furkami konnymi, a następnie małymi lekkimi wózkami góralskimi do Morskiego Oka.
W początkowym okresie poznawania Tatr, tj. w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy przybysze wkraczali w nieznaną, „odłogiem leżącą krainę", budzącą ciekawość, ale i lęk, zatrzymywali się zwykle w leśniczówce położonej w Bukowinie Tatrzańskiej i we dworze w Kuźnicach. We wnętrzu dzikich, budzących grozę gór, schronieniem były tylko pasterskie szałasy i koliby.
Pełniły one też funkcję punktu informacji, wynajmu przewodnika, miejsca odpoczynku i zaopatrzenia w żywność (mleko, sery, serwatka).
Odwiedzających szałasy przyjmowali bardzo gościnnie baca i juhasi. Nawet w XIX wieku zdarzało się, że ostatni tatrzańscy zbójnicy zaglądali do takich bacówek. Częstowali gości serem i żętycą, przynosili maliny i kwiaty. Wielu podróżników w swych relacjach z wypraw tatrzańskich utożsamia szałasy w górach z zielonymi oazami na pustyni.
Pobyt w szałasie pozwalał na obserwację górali - baców i juhasów, ich wyglądu i ubioru, organizacji wypasu, sprzętu szałaśniczego, produkcji owczych serów, a prowadzone z nimi rozmowy dostarczały wiedzy o lokalnym nazewnictwie szczytów, polan, roślin, zwierząt i przedmiotów, a także ludowej meteorologii i wierzeniach. Baca często opowiadał spragnionym wiedzy turystom opowieści i legendy o zbójnikach, o legendarnych miejscach, gdzie zbójnicy ukryli zrabowane złote i srebrne dukaty.
Powszechne wśród pasterzy były opowieści o ukrytych w górach skarbach, kotlikach z dukatami pochowanych przez zbójników pod pniakami i między korzeniami drzew lub zakopanych w ziemi i o wyczynach sławnych zbójników, zwłaszcza Janosika. W szałasach słuchano również opowieści o Morskim Oku, połączonym podziemnymi kanałami z morzem, czy o wojsku zaśnionym w Tatrach. Tutaj odwiedzający Tatry poznawali śpiew i taniec górali oraz instrumenty pasterskie - trombity, dudy zwane kozą i piszczałki.
Juhasi często prowadzili podróżników na szczyty górskie ścieżkami wydeptanymi przez owce, a po skończonej wyprawie odprowadzali ich do następnych szałasów, by przy pomocy zamieszkałych w nich pasterzy mogli bezpiecznie kontynuować swą wędrówkę po górach.
Podróżnicy znajdowali w szałasach schronienie przed deszczem i burzą, niekiedy też nocowali w nich podczas kilkudniowych wypraw w góry. W swych relacjach z podróży opisywali, trwające od wiosny do jesieni, gospodarstwo szałasowe, wygląd pasterzy, ich zręczność, wytrzymałość na trudne warunki atmosferyczne, skromne pożywienie. Podkreślali również ich pogodne usposobienie, radość z wykonywanego zajęcia, otwartość na ludzi i ciekawość świata.
Seweryn Goszczyński w 1832 roku odnotował, że „Góral jest głównie pasterzem. To jest główne utrzymanie jego życia, główny wdzięk jego życia; ...to dla niego najmilsze i najwdzięczniejsze pole pracy". Uznał więc, że „trzeba widzieć jego życie, jego góry w porze pasterskiej" i dlatego zachęcał do poznania góralszczyzny słowami: „idź w góry, bo tylko tam i takim sposobem zobaczysz Górala w jego żywiole, pokochasz wdzięk jego życia”.
„Chcąc Górali bliżej poznać, trzeba ich widzieć na halach" - pisał z kolei Wincenty Pol w 1869 roku, a Kazimierz Łapczyński, chcąc zrewanżować się owczarzom za gościnność, w jednym z szałasów pomagał napędzać owce ze „strągi" do „okien", gdzie doili je juhasi, co wywoływało radość i żartobliwe uwagi pasterzy. „Rok próżniackiej znajomości takby mnie nie zbliżył i nie zaprzyjaźnił z temi wesołemi pasterzami, jak jedna godzina wspólnej roboty"- napisał.
Koliby juhasów odwiedzał wybitny uczony Stanisław Staszic podczas swych pobytów w Tatrach w 1802, 1804 i 1805 roku. W swoim dziele O ziemiorództwie Karppatów i innych gór i równin Polski w 1815 roku opisywał szczegółowo baców, juhasów i ich życie pasterskie.
Życie pasterskie fascynowało i urzekało wszystkich zwiedzających Tatry swą malowniczością i swobodą bycia w górach - zarówno naukowców, jak i turystów czy kuracjuszy przybywających na leczenie chorób płucnych żętycą, tj. serwatką z mleka owczego. Tylko nieliczni zauważali niebezpieczeństwa i trudy związane z pracą pasterzy i ciężkimi, zmiennymi warunkami klimatycznymi. Odgłos dzwonków pasących się owiec, śpiew i „dzikie" nawoływania się pasterek i pasterzy w górach, spotkany w scenerii dzikiej przyrody juhas z kierdelem owiec, witający podróżnych z wielką serdecznością, śpiewy i muzyka płynąca z szałasów, gdy któryś z jego mieszkańców grał na gęślach, dudach (kozie), trombicie lub piszczałce - wszystko to robiło ogromne wrażenie na ludziach z nizin.
Dlatego w relacjach dziewiętnastowiecznych podróżników najwięcej informacji dotyczyło pasterstwa wysokogórskiego. Znajdujemy je m.in. u Stanisława Staszica, Wincentego Pola, Ludwika Zejsznera, Seweryna Goszczyńskiego, Kazimierza Łapczyńskiego, ks. Augustyna Sutora i wielu innych, aż po Stanisława Witkiewicza.
Niektórzy z odwiedzających Tatry zapisywali zasłyszane od juhasów i od przewodników pieśni, opowieści i legendy o zbójnikach. Ludwik Zejszner zaczął spisywać je w 1838 roku i czynił to w latach następnych, gdy prowadził poszukiwania geologiczne w górach. W roku 1845 opublikował Pieśni ludu Podhalan, czyli górali Tatrowych polskich, poprzedzając je ogólnymi wiadomościami o góralach. W jego antologii znalazły się pieśni miłosne, ślubne śpiewanki, śpiewki pasterskie, piosnki zbójnickie i żołnierskie.
Pieśni podhalańskie zebrał też ks. Eugeniusz Janota, który zapisał ponadto melodie grane przez pasterzy na trombitach. Pieśni i podania tatrzańskie spisywali także: ks. Michał Stanisław Głowacki, Seweryn Goszczyński, Żegota Pauli, Lucjan Siemieński, Wincenty Pol, Bronisław Gustawicz oraz Oskar Kolberg, który prowadził badania ludoznawcze w Tatrach i na Podtatrzu w latach 43,1857 i 1861-1865.
Wyobraźnię przybywających w Tatry najbardziej poruszały opowieści o zbójnikach, o ukrytych przez nich skarbach, których strzegą złe duchy, o poszukiwaczach tych skarbów oraz o napadach zbójników na szałasy i podróżnych. Szczególną sławą u mieszkańców gór cieszył się Janosik, którego wizerunki zwiedzający mogli oglądać na obrazkach na szkle, wiszących na ścianach w karczmach i w chałupach góralskich.
Seweryn Goszczyński opisując w 1835 roku ubiór górali uznał, że widziany przez niego „na rysunku uczty Janoszyka wysoki okrągły kołpak, gęsto ubrany w rozmaite wzory z tysiąca kamyków, paciórek i blaszek, a przy wierzchu mający pióra jakiego ptaka lub gałązkę" był dawniej nakryciem głowy górali. Często odgłosy nocy w górach budziły u podróżników skojarzenia z obecnością zbójników.
W relacji z wycieczki do Morskiego Oka Łucja Rautenstrauchowa napisała: „Około północy ciemność już tak była gęsta, że o jeden krok, nic rozróżnić niepodobna było. Jednym się snuły jakieś straszne widziadła przed oczami, drugim, rozmaite o rozbójnikach wieści, tysiącznie w tamtych stronach powtarzane, na myśl przychodziły".
Zwiedzający Tatry przybywali do nich z wiedzą o zbójnictwie, jaką miało całe polskie społeczeństwo, a była ona oparta na opowieściach kupców, napadanych i rabowanych -przez zbójników na traktach handlowych z Węgrami. Zbójnictwo cieszyło tą sławą, dlatego też turyści byli pełni obaw i niepokoju o swe bezpieczeństwo.
Ludwik Zejszner w początkowym okresie wędrówki po Tatrach w 1829 roku, z lęku przed zbójnikami, przebrał się nawet w strój góralski i jako urlopnik Jasiek od Gałów ze Szaflar udał się w góry, a po wieczorze spędzonym w szałasie w Morskim Oku, gdzie juhasi „poczęli rozpowiadać o tutejszych zbójcach", z obawy przed ich napadem nie spał w nim, „lecz w świerkowym namiocie". Zbójnicy przychodzili bowiem nocą do szałasów, zabijali owce i gotowali ich mięso w mleku, wyprawiali uczty z tańcami i muzyką, w których brali też udział baca i juhasi. Świadkiem jednego z napadów zbójników na szałas był Wincenty Pol - geograf, w czasie pobytu w Tatrach w latach czterdziestych XIX wieku.
Opowieści o zbójnictwie tatrzańskim towarzyszyły podróżnikom już w drodze z Krakowa. W swoim dzienniku z wyprawy w 1829 roku Ludwik Zejszner zanotował: „wszędzie o łotrach w Tatrach znajdujących się rozmawiam, głoszą o napaściach na podróżnych lub pojedyncze osoby wykonanych. Gdym przybył do Zaborni, musiałem pokazać paszport dwom karbacznikom, którzy mi później łaskawi byli drogę okazać u poczciwego dróżnika".
Na Zaborni, położonej niedaleko Zbójeckiej Góry, na której według miejscowych podań zbójnicy napadali na kupców przewożących towary z Węgier, stały trzy karczmy, gdzie zatrzymywano się na popas czy nocleg w drodze z Krakowa do Zakopanego. Nieco dalej podróżni przejeżdżali obok kościółka Św. Krzyża na górze Obidowej (wcześniej zwanej Rabuń), który, jak mówi legenda, został wzniesiony przez polskiego kupca, napadniętego w tym miejscu i cudem ocalonego z rąk zbójników. W książce Na przełęczy Stanisława Witkiewicza czytamy: „mijamy stary kościółek, samotny, krzywy, ocieniony wielkiemi lipami; góral pokazuje kawałek otłuczonej figury, wmurowanej w ogrodzenie i mówi, że to skamieniały zbójnik". Dalej była góra Raniszberg przy Szaflarach, na której, według opowieści Podhalan, przebywali niegdyś zbójnicy, później złapani i powieszeni na Węgrzech.
Wiele miejsc w samych Tatrach, pokazywanych przybyszom, było związanych z lokalnymi wierzeniami o zakopanych tam skarbach zbójnickich lub pobytem samych zbójników, co znalazło odzwierciedlenie w nazwach, np. Zbójnickie Okna czy Zbójnicka Dziura. Górale chętnie opowiadali o zbójnictwie, (które w pierwszej połowie XIX wieku występowało w Tatrach już w formie schyłkowej), ponieważ „chodzenie na zbój" było dla nich rzeczą „honorną", a sławni zbójnicy stali się ich bohaterami i powszechnie byli uważani za ludzi szlachetnych. Uzbrojeni w ciupagi, noże, pistolety, flinty, rusznice i pałki - rabowali bogatych i dzielili się tymi dobrami z biednymi.
Dokonywali przy tym niezwykłych czynów, o których wiele opowiadano. Szczególną sławą cieszył się, Janosik, który był w oczach górali niemal nadludzką istotą. Górale pokazywali w Tatrach miejsca, gdzie przekraczał granicę z Węgrami oraz jego i innych zbójników kryjówki - jaskinie i kamienne koliby.
Mówiono też o zbójniku Baczyńskim, będącym według górali towarzyszem Janosika. Na Podhalu w pierwszej połowie XIX wieku chodzili „na zbój" Myśliwiec, Gadeja, Marduła, Nowobilscy. Ostatnim zbójnikiem był na tym terenie Wojciech Mateja z Kościeliska, znany z urody i dużej zręczności, który osadzony w 1866 roku w więzieniu w Wiśniczu, gdzie popełnił w 1875 roku samobójstwo. O zbójnictwie w Tatrach pisali nie tylko Franciszek Klein czy Goszczyński, który zebrał również pieśni zbójnickie, ale też Ludwik Zejszner, Wincenty Pol, Kazimierz Łapczyński i inni.
- Poprzedni
- Następny »»