W Polsce zbójnictwo krzewiło się od Bieszczad aż po Tatry. Nazwa Bieszczadów – pierwotnie brzmiała Bieściad. Nazwa ta nabrała z czasem bardzo ciekawego znaczenia. A mianowicie w staropolskich tekstach spotykamy określenia „bieszczadź łez” (padół płaczu) czy „świat zbieszczadział” (zdziczał). Słowo „bieszczadź” oznaczało zatem coś dzikiego niemiłego człowiekowi. Może nastąpiło tu skojarzenie starej nazwy terenowej z biesami, czyli diabłami, złymi mocami? W każdym bądź razie zbójnikom bardzo odpowiadały te zdziczałe tereny.
Tatry, z kolei zanim zostały dogłębnie zbadane w XX wieku, były przez poprzednie stulecia prawdziwą terra incognita, gdzie nikt rozsądny nie zapuszczał się bez naprawdę istotnej potrzeby. Wydobywano co prawda rudy różnych metali i kruszce, a na wysokogórskich łąkach prowadzono wypasy, ale wielkie obszary pozostawały poza strefą zainteresowania ówczesnych górników i pasterzy. Część z nich stanowiła prywatne tereny myśliwskie magnatów. Inne obfitowały w liczne kryjówki i zakamarki - w sam raz aby dać schronienie różnym typom „spod ciemnej gwiazdy" i wyrzutkom społecznym. Wąskie drogi podtatrzańskie obfitowały w liczne miejsca, gdzie można było urządzać zasadzki na kupców, którzy wędrowali nie tylko słynnym szlakiem bursztynowym, ale także drogami łączącymi Orawę z Liptowem i Podhale ze Spiszem. Zbójnicy w razie pościgu chronili się w mało poznanych dolinach tatrzańskich, w jaskiniach i w niedostępnych skałach. Rozpuszczane przez nich i zaprzyjaźnionych z nimi ludowych gawędziarzy opowieści o diabłach, smokach, duchach i strachach, które czekały na każdego, kto zapuści się w nieznane sobie tereny, skutecznie odstraszały nawet najodważniejszych tropicieli bandytów.
W XIV w. na tatrzańskie łąki zawitali wołoscy pasterze, którzy wraz ze swoimi stadami przybyli z obszaru dzisiejszej Rumunii. Wraz z nimi dotarła pod Tatry specyficzna, nie spotykana na tych terenach wcześniej kultura pasterska. Protoplastami zbójnickiego rodu były właśnie plemiona Wołochów, które przybyły do Polski aż z terenów dzisiejszej Rumunii.
Podhalańska kamienista gleba nie gwarantowała dobrych plonów, zwłaszcza że lata w górach są krótkie a pogoda najczęściej deszczowa. Dlatego część mieszkańców dzisiejszego Zakopanego i okolicznych wiosek znalazła inny sposób zarobkowania. Na wiosnę, kiedy stada były wypędzone na wysokogórskie pastwiska, tworzyli oni różne bandy i wyprawiali się na, ich zdaniem, mlekiem i miodem płynący Liptów, aby tam łupić bezbronne wioski. Sygnałem do zbiórki był dla podhalańskich przestępców dym z ogniska, rozpalanego przez przywódcę bandy (harnasia) pod wierzchołkiem Osobitej - góry na Orawie nad Kotliną Orawicką, doskonale widocznej z całego Podhala. Jesienią zbójnicy wracali do swoich zagród, odbierali swoją trzodę i wiedli bogobojny tryb życia aż do następnej wiosny. Jak wielu Podhalan należało do band, nie wiadomo. Część z nich wyprawiała się „na zbój" każdego roku, inni co kilka lat, jeszcze inni okazjonalnie - na kilka tygodni, by potem z pełną kiesą wrócić na łono rodziny.
Mijały lata. Burzliwe losy Środkowej Europy nie ominęły Tatr. Różne armie wędrowały z północy na południe, z zachodu na wschód i odwrotnie. Po każdym takim przemarszu w tatrzańskich dolinach znajdowali schronienie liczni dezerterzy, zbrodniarze ścigani przez prawo i ci, którzy nad wojaczkę przedkładali łatwiejsze pozyskiwanie dóbr doczesnych. Część z uciekinierów dla zdobycia pożywienia zajmowała się kłusownictwem. Inni wybrali jeszcze łatwiejszy chleb. Tworzyli kilku - najwyżej kilkunastoosobowe bandy, które napadały na pobliskie wioski, ale także na kupców, okoliczne karczmy i oberże, kościoły, leśniczówki a nawet fabryki i huty.
Doskonały obraz podłoża, na którym rozwijało się zbójnictwo ludowe ukazane jest w publikacji „Prawem i lewem” Władysława Łozińskiego.
Góry i nieprzebyta karpacka puszcza dawała schronienie banitom społecznym wyjętym spod prawa, zapewniając dostateczną ilość zwierzyny i jaskinie do schronienia. Owiane mrocznymi legendami karpackie góry napawały lękiem żołnierzy austriackich, których wysyłano do likwidacji burs zbójnickich.
Ciągnące się przez południowy skraj Polski Karpaty, dość późno zaczęły wywierać magnetyczny wpływ na Polaków, przyciągając ich swym urokiem, wciąż żywą kulturą ludową. Zrazu wiedza i wyobrażenie o tychże górach u naszych przodków była dość kuriozalna. Wystarczy wspomnieć, iż Jan Kochanowski obsadził lasem dębowym Krępak (Łomnicę), jeden z najwyższych szczytów Tatr. Autor „Nowych Aten" Benedykt Chmielowski wykazał się jeszcze większą ignorancją pisząc, że śnieg na gór szczycie „czarnieje i w jakieś obraca się robactwo". Jak z powyższego widać, Polacy byli narodem nie od razu zainteresowanym górami.
Dopiero wiek XX przyniósł poważniejsze zainteresowania badawcze nad budową geologiczną i geomorfologią jak również nad etnografią, antropologią i historią regionu karpackiego.
Naukowe odkrywanie Karpat dla Polski zaczęło się nie tylko od ojca polskiej geologii, badacza w pełni tego słowa znaczeniu, Stanisława Staszica, autora fundamentalnej pracy nad odkrywaniem tajemnic polskich gór czyli „O ziemiorództwie Karpatów tudzież innych ziem Polski", ale także dzięki artystom: Wincentemu Polowi, Sewerynowi Goszczyńskiemu i Kazimierzowi Władysławowi Wójcikowi. Zapoczątkowali oni bowiem badania ludoznawcze, a co za tym idzie również i wiedzę na temat zbójnictwa karpackiego.
Poznawanie Karpat zaczęło się więc od folkloru i ludoznawstwa, od niezwykłych historii i legend związanych ze zbójnictwem, opryszkostwem - takim pojęciem określa się zbójnictwo w Beskidach Wschodnich.
Poznawanie tego magicznego pasma górskiego ciągle trwa. Okazuje się, że Karpaty wciąż kryją przed nami swoje zbójnickie tajemnice.
Jak to naprawdę było w przeszłości z pustką osadniczą w Karpatach? Po co zaprzyjaźnionym z Polakami Węgrom takie intensywne umacnianie północnej granicy? Dlaczego, skoro nikt w paśmie Beskidów Zachodnich i również Wschodnich nie mieszkał, taka ilość gródków i zameczków na Pogórzu? I dlaczego, jak mówią legendy z każdym z nich związani są zbójnicy?
Ciekawa historia związana jest np. z faktem ograniczania roli i swobody górali przez zamożnych feudałów. Wtedy to znikły ostatecznie serwituty pasterskie. W Beskidach przecież było najbardziej rozwinięte zbójnictwo sięgające swymi początkami XVII w., kiedy to rabusie zmusili cystersów do przeniesienia siedziby z Ludźmierza na Podhalu do Szczyrzyca w Beskidzie Wyspowym, aż po połowę XIX wieku. Wtedy to została zlikwidowana ostatnia banda zbójecka pod Babią Górą.
„Martwy jest prosty krajobraz, jeśli go człowiek duszą swoją nie zaludni, uczuciami swoimi nie ożywi. Tatry bez góralów straciłyby połowę interesu, winienem tedy, choćby z malarskich pobudek, rysem górali dopełnić obrazu Tatrów" - pisał Seweryn Goszczyński w 1835 roku w szkicu Górale Tatrańscy.
Przedstawił w nim obraz mieszkańców Tatr, ich wygląd, cechy charakteru, ubiór mężczyzn i kobiet, chaty, zagrody, zajęcia, pożywienie, taniec, muzykę, śpiew, podania i wierzenia. Miał przy tym świadomość, że czyni to w sposób ogólny, wynikający z niezbyt długiego pobytu w górach i przelotnych spotkań z ich mieszkańcami. Dla niego, jak i innych nielicznych początkowo podróżnych zwiedzających Tatry, górale byli częścią górskiego pejzażu, malowniczą grupą etniczną, jakże inną od znanych im lepiej mieszkańców wsi położonych na nizinach Polski.
Odkrywcy Karpat, a w szczególności Tatr - badacze i podróżnicy - przy okazji prowadzonych badań naukowych czy brania udziału w wycieczkach krajoznawczych, spotykali się z góralami, zwłaszcza z pasterzami zajmującymi się sezonowym wypasem owiec na halach, z myśliwymi i kłusownikami, czasami ze zbójnikami, oraz z góralami wynajmowanymi na przewodników. Spotykali też w górach pasterki pasące bydło na niżej położonych polanach, kontaktowali się z góralami-furmanami, którzy dowozili ich pod Tatry furkami konnymi, a następnie małymi lekkimi wózkami góralskimi do Morskiego Oka.
W początkowym okresie poznawania Tatr, tj. w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy przybysze wkraczali w nieznaną, „odłogiem leżącą krainę", budzącą ciekawość, ale i lęk, zatrzymywali się zwykle w leśniczówce położonej w Bukowinie Tatrzańskiej i we dworze w Kuźnicach. We wnętrzu dzikich, budzących grozę gór, schronieniem były tylko pasterskie szałasy i koliby.
Pełniły one też funkcję punktu informacji, wynajmu przewodnika, miejsca odpoczynku i zaopatrzenia w żywność (mleko, sery, serwatka).
Odwiedzających szałasy przyjmowali bardzo gościnnie baca i juhasi. Nawet w XIX wieku zdarzało się, że ostatni tatrzańscy zbójnicy zaglądali do takich bacówek. Częstowali gości serem i żętycą, przynosili maliny i kwiaty. Wielu podróżników w swych relacjach z wypraw tatrzańskich utożsamia szałasy w górach z zielonymi oazami na pustyni.
Pobyt w szałasie pozwalał na obserwację górali - baców i juhasów, ich wyglądu i ubioru, organizacji wypasu, sprzętu szałaśniczego, produkcji owczych serów, a prowadzone z nimi rozmowy dostarczały wiedzy o lokalnym nazewnictwie szczytów, polan, roślin, zwierząt i przedmiotów, a także ludowej meteorologii i wierzeniach. Baca często opowiadał spragnionym wiedzy turystom opowieści i legendy o zbójnikach, o legendarnych miejscach, gdzie zbójnicy ukryli zrabowane złote i srebrne dukaty.
Powszechne wśród pasterzy były opowieści o ukrytych w górach skarbach, kotlikach z dukatami pochowanych przez zbójników pod pniakami i między korzeniami drzew lub zakopanych w ziemi i o wyczynach sławnych zbójników, zwłaszcza Janosika. W szałasach słuchano również opowieści o Morskim Oku, połączonym podziemnymi kanałami z morzem, czy o wojsku zaśnionym w Tatrach. Tutaj odwiedzający Tatry poznawali śpiew i taniec górali oraz instrumenty pasterskie - trombity, dudy zwane kozą i piszczałki.
Juhasi często prowadzili podróżników na szczyty górskie ścieżkami wydeptanymi przez owce, a po skończonej wyprawie odprowadzali ich do następnych szałasów, by przy pomocy zamieszkałych w nich pasterzy mogli bezpiecznie kontynuować swą wędrówkę po górach.
Podróżnicy znajdowali w szałasach schronienie przed deszczem i burzą, niekiedy też nocowali w nich podczas kilkudniowych wypraw w góry. W swych relacjach z podróży opisywali, trwające od wiosny do jesieni, gospodarstwo szałasowe, wygląd pasterzy, ich zręczność, wytrzymałość na trudne warunki atmosferyczne, skromne pożywienie. Podkreślali również ich pogodne usposobienie, radość z wykonywanego zajęcia, otwartość na ludzi i ciekawość świata.
Seweryn Goszczyński w 1832 roku odnotował, że „Góral jest głównie pasterzem. To jest główne utrzymanie jego życia, główny wdzięk jego życia; ...to dla niego najmilsze i najwdzięczniejsze pole pracy". Uznał więc, że „trzeba widzieć jego życie, jego góry w porze pasterskiej" i dlatego zachęcał do poznania góralszczyzny słowami: „idź w góry, bo tylko tam i takim sposobem zobaczysz Górala w jego żywiole, pokochasz wdzięk jego życia”.
„Chcąc Górali bliżej poznać, trzeba ich widzieć na halach" - pisał z kolei Wincenty Pol w 1869 roku, a Kazimierz Łapczyński, chcąc zrewanżować się owczarzom za gościnność, w jednym z szałasów pomagał napędzać owce ze „strągi" do „okien", gdzie doili je juhasi, co wywoływało radość i żartobliwe uwagi pasterzy. „Rok próżniackiej znajomości takby mnie nie zbliżył i nie zaprzyjaźnił z temi wesołemi pasterzami, jak jedna godzina wspólnej roboty"- napisał. Koliby juhasów odwiedzał wybitny uczony Stanisław Staszic podczas swych pobytów w Tatrach w 1802, 1804 i 1805 roku. W swoim dziele O ziemiorództwie Karpatów i innych gór i równin Polski w 1815 roku opisywał szczegółowo baców, juhasów i ich życie pasterskie.
Życie pasterskie fascynowało i urzekało wszystkich zwiedzających Tatry swą malowniczością i swobodą bycia w górach - zarówno naukowców, jak i turystów czy kuracjuszy przybywających na leczenie chorób płucnych żętycą, tj. serwatką z mleka owczego. Tylko nieliczni zauważali niebezpieczeństwa i trudy związane z pracą pasterzy i ciężkimi, zmiennymi warunkami klimatycznymi. Odgłos dzwonków pasących się owiec, śpiew i „dzikie" nawoływania się pasterek i pasterzy w górach, spotkany w scenerii dzikiej przyrody juhas z kierdelem owiec, witający podróżnych z wielką serdecznością, śpiewy i muzyka płynąca z szałasów, gdy któryś z jego mieszkańców grał na gęślach, dudach (kozie), trombicie lub piszczałce - wszystko to robiło ogromne wrażenie na ludziach z nizin.
Dlatego w relacjach dziewiętnastowiecznych podróżników najwięcej informacji dotyczyło pasterstwa wysokogórskiego. Znajdujemy je m.in. u Stanisława Staszica, Wincentego Pola, Ludwika Zejsznera, Seweryna Goszczyńskiego, Kazimierza Łapczyńskiego, ks. Augustyna Sutora i wielu innych, aż po Stanisława Witkiewicza.
Niektórzy z odwiedzających Tatry zapisywali zasłyszane od juhasów i od przewodników pieśni, opowieści i legendy o zbójnikach. Ludwik Zejszner zaczął spisywać je w 1838 roku i czynił to w latach następnych, gdy prowadził poszukiwania geologiczne w górach. W roku 1845 opublikował Pieśni ludu Podhalan, czyli górali Tatrowych polskich, poprzedzając je ogólnymi wiadomościami o góralach. W jego antologii znalazły się pieśni miłosne, ślubne śpiewanki, śpiewki pasterskie, piosnki zbójnickie i żołnierskie.
Pieśni podhalańskie zebrał też ks. Eugeniusz Janota, który zapisał ponadto melodie grane przez pasterzy na trombitach. Pieśni i podania tatrzańskie spisywali także: ks. Michał Stanisław Głowacki, Seweryn Goszczyński, Żegota Pauli, Lucjan Siemieński, Wincenty Pol, Bronisław Gustawicz oraz Oskar Kolberg, który prowadził badania ludoznawcze w Tatrach i na Podtatrzu w latach 43,1857 i 1861-1865.
Wyobraźnię przybywających w Tatry najbardziej poruszały opowieści o zbójnikach, o ukrytych przez nich skarbach, których strzegą złe duchy, o poszukiwaczach tych skarbów oraz o napadach zbójników na szałasy i podróżnych. Szczególną sławą u mieszkańców gór cieszył się Janosik, którego wizerunki zwiedzający mogli oglądać na obrazkach na szkle, wiszących na ścianach w karczmach i w chałupach góralskich.

W relacji z wycieczki do Morskiego Oka Łucja Rautenstrauchowa napisała: „Około północy ciemność już tak była gęsta, że o jeden krok, nic rozróżnić niepodobna było. Jednym się snuły jakieś straszne widziadła przed oczami, drugim, rozmaite o rozbójnikach wieści, tysiącznie w tamtych stronach powtarzane, na myśl przychodziły".
Zwiedzający Tatry przybywali do nich z wiedzą o zbójnictwie, jaką miało całe polskie społeczeństwo, a była ona oparta na opowieściach kupców, napadanych i rabowanych przez zbójników na traktach handlowych z Węgrami. Zbójnictwo cieszyło tą sławą, dlatego też turyści byli pełni obaw i niepokoju o swe bezpieczeństwo.
Ludwik Zejszner w początkowym okresie wędrówki po Tatrach w 1829 roku, z lęku przed zbójnikami, przebrał się nawet w strój góralski i jako urlopnik Jasiek od Gałów ze Szaflar udał się w góry, a po wieczorze spędzonym w szałasie w Morskim Oku, gdzie juhasi „poczęli rozpowiadać o tutejszych zbójcach", z obawy przed ich napadem nie spał w nim, „lecz w świerkowym namiocie". Zbójnicy przychodzili bowiem nocą do szałasów, zabijali owce i gotowali ich mięso w mleku, wyprawiali uczty z tańcami i muzyką, w których brali też udział baca i juhasi. Świadkiem jednego z napadów zbójników na szałas był Wincenty Pol - geograf, w czasie pobytu w Tatrach w latach czterdziestych XIX wieku.
Opowieści o zbójnictwie tatrzańskim towarzyszyły podróżnikom już w drodze z Krakowa. W swoim dzienniku z wyprawy w 1829 roku Ludwik Zejszner zanotował: „wszędzie o łotrach w Tatrach znajdujących się rozmawiam, głoszą o napaściach na podróżnych lub pojedyncze osoby wykonanych. Gdym przybył do Zaborni, musiałem pokazać paszport dwom karbacznikom, którzy mi później łaskawi byli drogę okazać u poczciwego dróżnika".
Na Zaborni, położonej niedaleko Zbójeckiej Góry, na której według miejscowych podań zbójnicy napadali na kupców przewożących towary z Węgier, stały trzy karczmy, gdzie zatrzymywano się na popas czy nocleg w drodze z Krakowa do Zakopanego. Nieco dalej podróżni przejeżdżali obok kościółka Św. Krzyża na górze Obidowej (wcześniej zwanej Rabuń), który, jak mówi legenda, został wzniesiony przez polskiego kupca, napadniętego w tym miejscu i cudem ocalonego z rąk zbójników. W książce Na przełęczy Stanisława Witkiewicza czytamy: „mijamy stary kościółek, samotny, krzywy, ocieniony wielkiemi lipami; góral pokazuje kawałek otłuczonej figury, wmurowanej w ogrodzenie i mówi, że to skamieniały zbójnik". Dalej była góra Raniszberg przy Szaflarach, na której, według opowieści Podhalan, przebywali niegdyś zbójnicy, później złapani i powieszeni na Węgrzech.
Wiele miejsc w samych Tatrach, pokazywanych przybyszom, było związanych z lokalnymi wierzeniami o zakopanych tam skarbach zbójnickich lub pobytem samych zbójników, co znalazło odzwierciedlenie w nazwach, np. Zbójnickie Okna czy Zbójnicka Dziura. Górale chętnie opowiadali o zbójnictwie, (które w pierwszej połowie XIX wieku występowało w Tatrach już w formie schyłkowej), ponieważ „chodzenie na zbój" było dla nich rzeczą „honorną", a sławni zbójnicy stali się ich bohaterami i powszechnie byli uważani za ludzi szlachetnych. Uzbrojeni w ciupagi, noże, pistolety, flinty, rusznice i pałki - rabowali bogatych i dzielili się tymi dobrami z biednymi.